sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 1 ~"Tylko bóg mnie nie opuścił"

"Dawno dawno temu.."- nie to przereklamowane ;/
"Za górami i. " NIE!! Jeszcze gorzej -_-"
"W pewniej krainie zwanej~ DUP!!!
 
. . .
 
Długopis wyleciał mi z ręki na pożegnanie zostawiając długą kreskę na pierwszej stronie mojego nowego czerwonego zeszytu. Zamachowiec ,a konkretnie zielona piłka do siaty zostawiła mi na policzku czerwony okrągły ślad. Odłożyłem bez słowa zeszyt i chwyciłem to nadmuchane gówno w stalowym uścisku . Zlustrowałem morderczym wzrokiem potencjalnego ryzykanta i wziąłem zamach. Piłka trafiła gościa jakieś 3 razy mocniej ,a ten aż złapał się za głowę z bólu. Nabrałem powietrza:
 
- GDZIE MASZ OCZY IDIOTO?! PATRZ GDZIE RZUCASZ!!! - był w moim wieku i jak większość wyższy ,ale to nie był argument by postąpić inaczej jak zawsze, czyli spierdolić.
 
Wróciłem po swój zeszyt i złapałem się murka. Kilka wdechów i wydechów...adrenalina zniknęła. Przeczesałem ręką w rękawiczce bez palców płomienne czerwone włosy. Zeszyt trafił spowrotem do starego czarnego plecaka. Miałem gdzieś ,że jeszcze w-f. Gdybyśmy skakali przez skrzynie lub biegali na bieżni to bym się może nawet zastanowił ,ale koszykówki, siatkówki i innych gier grupowych wręcz nie znosiłem... wystarczyło przejść pod rozwalonym ~przeze mnie~ drucianym płotem by wydostać się z terenu tej zakichanej szkoły specjalnej bez interwencji nauczycieli. Chwila przez krzaki, potem ulicą do coraz mniejszych uliczek aż znalazłem się na obrzeżach wawy. Mogłem skrócić czas podróży o 20 minut gdyby nie to ,że matka nie dawała mi na bilety ,a po ostatnim razie gdy zwinąłem hajs na kanapki do szkoły sprawiła se mini sejf....W każdym razie stanąłem na ganku 1 rodzinnego domku i wziąłem głęboki wdech. Przekręciłem klamkę i wszedłem. Bogu dzięki. Tata spał ,a mama wyszła niedawno do pracy. Cichutko poszedłem do siebie ,ale po drodze zatrzymałem się w salonie. Tata spał na fotelu na ziemi leżało kilka pustych puszek piwa i nowo zaczęta paczka fajek. Paczkę wziąłem i schowałem do kieszeni. Wziąłem też koc z kanapy i dokładnie przykryłem żula. Pochyliłem się i delikatnie pocałowałem tatę w policzek.
 
-Kocham cię... -szepnąłem tylko i pozbierałem śmieci.
 
 Wszystko wywaliłem i poszedłem do siebie. Maluśki pokój ,w którym mieściło się tylko łóżko z szarzałą pościelą, porysowane biurko, krzesło i mała szafka na ciuchy. Ściany białe jak w szpitalu ,a okno z tak zardzewiałą ramą ,że dało się je otworzyć na jedyne 5cm. Rzuciłem plecak pod ścianę i rzuciłem się na pościel. Wtuliłem się w poduszkę......jedyne miejsce gdzie jestem spokojny. Ściągnąłem koszulkę i wyjąłem z szafki biurka stare lekko nadkruszone lusterko bez oprawy. Przejrzałem cię. Mimo tego ile byłem na dworze ciągle byłem blady jak ten pokój...palcami przejechałem po bliźnie od mostka do podbrzusza. Ciągle nie znikała...Wkurzony wsadziłem lusterko na miejsce i się ubrałem. Wciągnąłem z szafki małe szklane pudełeczko. W środku znajdowała się para czerwonych soczewek. Założyłem je bez patrzenia. Miałem wprawę.
 
 
Chwyciłem swój plecak i "wyprułem z niego flaki". Ponownie zapakowałem go fajkami, szklanymi butelkami po piwie taty i zbieranym od dawna worem zgniecionych puszek. Wymknąłem się z domu żegnając się jeszcze z nieświadomym nic tatą. Udałem się wpierw na złomowisko skąd udało mi się wyskrobać trochę kasy za puszki. Potem do sklepu oddałem butelki i tez zarobiłem. Zadowolony cały urobek schowałem do paczki po chusteczkach robiącej mi za portfel. Kiedy wracałem było już ciemno. Szedłem jedną z uliczek wawy patrząc w nocne niebo kiedy usłyszałem śmiechy. Przede mnie ze sklepu wyszła grupka chłopaków po 25-30 lat. Od razu mnie dostrzegli.
 
-Co masz w plecaczku malutki~ spytał najstarszy przesłodzonym głosem. Warknąłem.
 
-Flaki twojej starej~ odparłem równie słodko. Diametralnie zmienili wyrazy twarzy i podeszli do mnie.
 
-AH TAK? - najstarszy chciał mnie uderzyć ,ale odruchowo się schyliłem i podciąłem mu nogi i padł twardo.- Ty smarkaczku! Złapcie tego gnojka! Już ja go nauczę szacunku dla starszych! - rzucili się na mnie ,a ja ruszyłem w długą jak strzała. Nie byłem wybitnym biegaczem ,ale adrenalina pomagała mi jak zawsze w takich momentach. Wszystko byłoby zajebiście gdyby nie to ,że wpadłem na ulice gdzie znajdował się bar mojej mamy. Stanąłem jak trusia. Nie mogłem jej stresować. Spierdoliłem w bok ,ale przez to ,że co chwila obracałem się by sprawdzić czy mama nie wyszła wpadłem na jednego z tych ,którzy pobiegli na skróty. Zaciągnęli mnie za szmaty do zaułka.
 
-I co gówniarzu? Dalej się stawiasz? -spytali wrednie
-Uwarzaj....bo się przestraszę -prychnąłem. Kopnęli mną tak ,że jebłem o ścianę.
-Coś mówiłeś?!- przydeptał mi głowę ,a ja syknąłem.
 
-Z TEGO CO SŁYSZAŁEM MÓWIŁ ,ŻE SIE WAS NIE BOI....-powiedział ktoś donośnie. Spojrzałem tam. Jakiś wysoki gościu. Kilku szeptało do siebie i oprawca ściągnął swoją nogę z mojej głowy.
 
-NO CO ODJĘŁO WAM NAGLE MOWY? - spytał rozbawiony ,a w ciemnościach zabłyszczał tylko wredny uśmieszek. Ja się nie przejąłem i wstałem momentalnie. Wygrzebałem błyskawicznie z plecaka kilka małych metalowych paralizatorów i wrzuciłem i za koszulki. Wcisnąłem przycisk na pasku i wszyscy padli na ziemie porażeni. Wziąłem co swoje i założyłem plecak. Oddałem jeszcze dłużnego buta w brzuch jednemu i przeszedłem obojętnie przeszedłem obok "wybawcy". Wystarczyło jedno dokładne spojrzenie. Ponad 25 lat, bluza w kratkę, fioletowe kudły i jakieś metalowe gówno na szyi. Po wypukłości w kieszeni bluzy od razu poznałem broń. Przyśpieszyłem kroku. Chłopak odwrócił się i szarpnął mnie za ramie.

 
-CZEGO?! -syknąłem momentalnie zabijając go wzrokiem
-Może grzeczniej? Uratowałem cię~ powiedział zirytowany
-Z tego co pamiętam sam się uratowałem. Ty tylko odwróciłeś ich uwagę swoimi krzywymi zębami...- zaśmiałem się wrednie. Chłopak przygwoździł mnie do ściany ,a ja spiąłem się. Przybliżył trochę twarz.
-Za kogo się uważasz co?....Powinieneś na przyszłość patrzeć z kim zadzierasz...wtedy może nie wpakujesz się już w taki bajzel sieroto- prychnął ,a we mnie zawrzało
- Nie jestem się..?! -zatkał mi usta.
-Dobra mały ,bo nie mam czasu dla ciebie. -drugą ręką wyciągną nieśmiertelnik z kieszeni i zawisł od przed moją twarzą. uśmiechnął się miał taki sam na szyi-  jesteś dzieciakiem ,ale potrafisz co nieco. Od dziś należysz do mojego gangu. Słuchasz się mnie i razem będziemy niszczyć resztę warszawskich gangów ,a potem w reszcie polski... - oburzyłem się ,ale mocniej mnie przycisnął- dobrze wiem ,że od dawna chcesz rozdupić wawe w trzy dupy..daje ci możliwość..- puścił mnie i odsunął się dalej trzymając nieśmiertelnik. Chwyciłem go w ciszy i spokoju. Uśmiechnął się do mnie wścibsko.
- Nawet nie wiem kim jesteś -zmarszczyłem brwi.
- Mów i Łasica....widzimy się jutro o 16 na kamieniołomach dzieciaku~ poszedł se ,a ja spojrzałem za mi trzymając nieśmiertelnik. Zniknął w jakiejś uliczce....czemu nie byłem zły? Nie znosiłem takich wyzwisk....Spojrzałem na nieśmiertelnik..."podążaj za Łasica"....
 
 
Uśmiechnąłem się do siebie i założyłem nieśmiertelnik. Wziąłem plecak i zwróciłem się do domu.
 
Podążać za tobą?
 
Czemu nie?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz