środa, 23 lipca 2014

Rozdział 4 ~ "Jeśli miłość tak boli to zginę po drodze.."


Ocknąłem się dopiero po jakimś czasie… czułem się strasznie …rozejrzałem się cicho. To był jakiś pokój ,a ja leżałem na łóżku..co więcej..z kimś?.

-..gdzie ja jestem? –zapytałem zachrypniętym głosem. Poczułem ruch

-Obudziłeś się?..- emos.. nosz kurwa… lepiej nie mogłem trafić!

-co to za miejsce?

-Dom łasicy i mój – mruknął powrotem kładąc jak do snu…. Ich dom.. coś mnie dźgnęło w pierś i to porządnie.

- Czemu tu jestem?

- Zmusiłem tego idiotę by nas opatrzył…- Nie dokończył bo ktoś wbił..byłem do wszystkiego tyłem a nie miałem siły się odwracać.

- Idiote? Patrz na słowa gnoju ,bo dziś będziesz spał pod oknem –warknął filip.. mieszkają razem.. jeżeli woli chłopaków to pewnie są razem.. załamałem się.

- Phy – prychnął emos. Nie odzywałem się. Nie miałem co mówić

Przekomarzali się jeszcze tak chwile ,a filip sprawdził opatrunki Dawida na plecach. Powoli coraz bardziej odczuwałem ból dłoni.. które miały poparzone do 2 stopnia.. bogu dzięki bąbli nie było ,a jeśli były to zeszły.. zostanie ślad.. do tego ramie głęboko rozcięte i sińce w różnych miejscach po walce z filipem o bat. Przygryzłem wargę by nie jęknąć z bólu. Pewnie tylko kazałby mi się zamknąć. Jeszcze chwile gadał z emo póki ten go nie wypieprzył ,bo chciał spać. Miło.. moich nie sprawdził ,a ten na ramieniu był już przekrwawiony… nie umiałem spać z bólu. Dawid już dawno zasnął gdy ja prawie płakałem z bólu oparzeń na rękach. Podniosłem się cicho z łóżka..musiałem znaleźć sam maść bo zdechnę! ..rzuciłem okiem na cały pokój i znów posmutniałem… .tej samej maści filip użył na rany Dawida i zużył całą… w końcu całe plecy… jeszcze bardziej mnie zapiekło na myśl o braku lekarstwa. Nie chciałem też zostać tu do rana. Będzie mnie tylko boleć ,a poza tym nie chce być światkiem kolejnych odwiedzin filipa.  Zawiązałem jeszcze po jednym bandażu na dłoniach i zagryzając wargę otworzyłem okno. 

Dawid tylko ruszył się lekko. Wyskoczyłem robiąc fikołka i spierdoliłem. O tej porze chore było wracać do domu ,więc udałem się do bazy. Siadłem w swoim starym miejscem pod ścianą ~jak miło nikt nie ukradł mi plecaka. 

 Podkuliłem nogi i po sekundzie zasnąłem na zimnym betonie.

Znów sen..

Siedziałem w salonie. Matka krzyczała na mnie niemiłosiernie.

-NIE CHCE CIE ROZUMIESZ!? CHCIAŁAM CÓRKE TY BEZURZYTECZNY SMARKACZU! MASZ BRAĆ TE TABLETKI ,ALBO WEPCHNE CI JE DO GARDŁA!

-Mamo.. proszę! Przecież się staram! – wydukałem błagalnym tonem kiedy dostałem butelką po piwie przez głowę tak ,że pękła i rozcięła mi skroń.

-Nie kłuć się z matką bachorze! – warknął na mnie tata.

Mama wbiła mi w dłoń strzykawkę i  wstrzyknęła jej zawartość. Zacząłem się wić z bólu… włosy urosły …miałem piersi… stałem się dziewczyną…. Zalałem się łzami.

-J-ja nie chce być dziewczyną! – załkałem

- Trudno! –zaśmiała się mama- już nigdy nie będziesz tym bezużytecznym chuchrem!

Kuliłem się załamany. Chciałem być sobą. Alexem! Nikt mnie nie docenia za to ,że jestem chłopcem. Zawsze „prawie dziewczyna”, „jak dziewczyna” ,lub … nikt ważny…

JESTEM…

 

-ALEX!!!

? ..obudziło mnie szturchnięcie. Otworzyłem oczy i spojrzałem.. wkurwiony filip nade mną stał. Przełknąłem ślinę. Kątem oka zobaczyłem ,że telefon w kieszeni od dłuższego czasu mryga przez nieodebrane połączenia.

- Co ty sobie wyobrażasz dzieciaku!? Czemuś spierdolił z domu?! Musieliśmy łazić cie szukać! – wkurz.  Zbladłem ,ale wziąłem się w garść.

-A niby czemu miałbyś mnie szukać hę?! Nie jesteś moją niańką! – warknąłem powoli wstając.

-  Nie pyskuj smarkaczu!! –nie zdążyłem zareagować ,bo dostałem porządnego liścia ,który rzucił mnie na ziemie 2 metry dalej. Pisnąłem i skuliłem się. Oczy same zalały się łzami. Miałem duży czerwony ślad.  Niesamowicie ciągnęło.

-AA! –załkał cicho i zadrżał- p-prepraszam….

Emos kłócił się trochę z filipem. Też dostał w twarz ,ale z pięści i lecej… ta.. lubi go..

Na drżących nogach usiadłem pod ścianą i czekałem na Szymona z resztą… .skulony wyklinałem filipa ,ale za każdym jego spojrzeniem mimo ,że nie słyszał zmieniało się to na przeprosiny. Przyszedł Szymon..zaczął się żreć z filipem. Przyjrzał mi się.. odwróciłem szybko wzrok by nie widział tych żałosnych łez. Szymonowi się oberwało..

-proszę przestań.. –wydukałem ,ale nie słuchał mnie nikt..

Szymon nagle znalazł się przy mnie i położył mi rękę na kolanie na co drgnąłem. Zapłakany spojrzałem na niego kiedy dostał batem w plecy.

-Nic ci nie je..- spytałem zrozpaczony tym co się dzieje..przerażony.. przyjąłem pozycje embrionalną i  zacząłem się trząść.

-Przejdź w końcu do rzeczy –warknął Dawid. Szymon siadł na poręczy wkurwiony na łasice wyklinając na niego i zapalając fajkę

- Jutro napadamy na gang  - zaczął tłumaczyć-  Od jakiegoś czasu grasują niebezpiecznie blisko nas i zaczynają mnie drażnić. Ja i Dawid wkradniemy się do ich bazy z ładunkami wybuchowymi. Natan będzie ubezpieczał nas z dachu pobliskiego budynku. Alex i Szymon mają nas osłaniać i torować przejście.

Żałosne..wysadził bym wieżowiec w pojedynkę w ciągu 2 minut łącznie z zakładaniem bomby i uciekaniem ,a on mnie daje na osłanianie… jak skończą mi się Bąby to kaplica ,a nie umiem strzelać…  bałem się klucić.

- o której? – spytałem szybko i cicho..

- o 16 Musimy się dokładnie zgrać. – mruknął.. skinąłem głową posłusznie

Potem filip pokazał kartkę z planem budynku. Z automatu znalazłem idealne miejsca by wszystko runęło jak zamek z kart..phy …burak… Kiedy wszystko wytłumaczył ,a ja zrobiłem niezauważalnie zdjęcie swoją cegłą., na którą uzbierałem z puszek wstałem. Założyłem kaptur i zapiąłem mocno bluzę obolały mimo ciepła by się nie poobijać przy omdleniu w drodze do domu czy coś. Założyłem plecak i utykając udałem się do domu gdzie dostałem opiepsz , talerzem w plecy i kare na kolacje tamtego dnia..

Poszedłem spać cały posiniaczony i z kilkoma bandażami. Jeśli walka  miłość tak boli to zginę po drodze..

 

piątek, 13 czerwca 2014

Rozdział 3 ~ " Proszę przestań.."


Byłem na kamieniołomach... stałem nad przepaścią. Mama i tata wyrzucili mnie z domu, max wyjechał ,a wszelcy znajomi odwrócili sie ode mnie. Łzy spływały mi po bladych policzkach ,a ja sie wahałem. Skoczyć czy nie? Z pod stóp wyleciało mi parę kamieni i spadło w przepaść. Zrobiłem mały kroczek i poczułem ,że lecę. Zatrzymało mnie jednak ostre szarpnięcie za rękę. Obróciłem sie...filip... pociągnął mnie za dłoń i mocno przytulił.

 

 -Nie rycz smarkaczu...należysz do mnie -warknął Oniemiałem.

 Łzy przestały płynąć a ja byłem zszokowany tym co robił...czułem jego ciepło i bicie jego serca ,które inni biorą za kamień. Czułem na szyi jego ciepły i spokojny oddech.

 

 -Alex..-słyszałem jego miły głos mówiący moje imię..tak przyjemny...i tak..nierealny.

 

Otworzyłem oczy... To był tylko sen.. Tuliłem się do kołdry. W akcie złości wstałem i rzuciłem poduszką w ścianę. To wszystko mi sie tylko śniło! Dotknąłem policzków i poczułem ,że są mokre. Płakałem przez sen. Wstałem i szybko sie ubrałem. Poszedłem do łazienki by się ogarnąć. Przeglądając się w lustrze dojrzałem ,że mam na sobie ciągle nieśmiertelnik… spałem w nim. Ścisnąłem go w dłoni… jedno było zauroczyć się ,ale ja ..całkiem się w nim zakochałem..  Tego nie umiałem już zbyć. Problemem było to ,że po 1 nie wiedziałem ,czy był gejem… po 2 istniały bardzo małe szansę ,że mnie lubił… ,a po 3 nawet jeśli jest gejem to mam pewnie już kłopot ze strony emosa! Ten zakichany czarnus może mi go sprzątnąć!....nie mogę mu pozwolić.. zbyt bardzo mi zależy na filipie bym tak o nim zapomniał… uczesałem się szybko i dokładnie umyłem. To było komiczne ,ale wziąłem róż mamy. Delikatnie dotknął nim policzków i mocno roztarł. Zaczął oglądać efekty..porcelanowa laleczka nabrała kolorów …zadowolony wyszedłem i unikając mamy wyszedłem do szkoły..

 

 .  .  .

 

-siemka~ jak humor?  -spytał max ,którego jak zawsze znalazłem na placu szkolnym

-W miarę… -powiedziałem niezbyt pewien siebie

-Hę? Coś cie gryzie? – zdziwił się

-..max ..mam pytanko…- powiedziałem zdenerwowany lekko

-Dajesz…

-Co myślisz o gejach? – wydukałem

-eee..nie mam nic do nich …,a co?

- Chyba zmieniłem orientację - spuściłem głowę zażenowany

 -Mówisz? -zaciekawił sie- a co masz kogoś na oku? -spytał niedbale a ja skinąłem głową -kogo?

 -Nie wiem czy powinienem mówić..to trochę zagmatwane..

-Jak chcesz~ masz zeszyt dostałeś najlepszą ocenę ale nauczyciele są poirytowani..nie chodzisz na wszystkie lekcje...

-..Max..mam małe problemy...raczej przestane chodzić w ogóle..

 -Co?! Czemu?! Zostawisz mnie?! -oburzył sie

-przepraszam...to nie takie proste...powiedz nauczycielom ,że miałem wypadek ok?

 -Że jak?! Nawet nie wiem gdzie sie wybierasz! -wstał ze złości

 -...chce zacząć żyć...-uśmiechnąłem sie słabo ,a max umilkł

 -...nie rób głupot...-przytulił mnie i ja też wstałem

 -nara stary...-puściłem go i poszedłem se prosto na kamieniołomy.

 

….

 

 

Przyszedłem na miejsce. Jeszcze nikogo nie było. Usiadłem pod ścianą w budynku bazy i wyciągnąłem parę wiatraczków z paska. Podpaliłem jeden i położyłem. Zaczął sie kręcić i puszczać kolorowe iskry. To było piękne... po każdej wydaje sie że była wyjątkowa a po 2 następnych szła w niepamięć..

Moje rozmyślanie przerwały odgłosy zbliżającej sie bandy. Do bazy wszedł Natan. Następnie wszedł filip. Przyznam sie że aż serce szybciej mi zabiło. Wszystko było by spoko gdyby nie emo idący za nim jak cień...wkurwiający..

- Co tak wcześnie mały? -spytał Natan. Zawrzało we mnie.

-Nie jestem mały..-warknąłem groźnie-

- nie..bardzo mały –zaśmiał sie a ja zakasałem rękawy i wstałem-

 -Morda! -wydarłem sie

-Nic ci nie zrobił, nie drzyj sie -mruknął Dawid (emo).

-Ktoś cie pytał o zdanie?! -syknąłem a emo i smerf stanęli przede mną twardo.

 -Uspokój hormony dzieciaku..-powiedział Natan

-NIE NAZYWAJ MNIE TAK! -jebłem go w twarz ,a na mnie rzucił sie emo. Biliśmy sie zacięcie.

 

-DOSYĆ ROBALE! –wydarł się Filip i smagnął batem raniąc Natana w twarz. Zdębiałem i wszyscy zamarliśmy. Natan zwinął się łapiąc za ranę.

-Ty chuju- warknął

-To gang nie zoo. Jeśli się nie podporządkujecie będziecie karani –warknął i naprężył bat.

-Posrało cie! –warknął emo i rzucił się by wyrwać bat Filipowi. Po chwilowej szarpaninie Dawid padł i dostał batem przez plecy.

 

….proszę… ..przestań… .nie bądź taki….

 

-Filip skończ! Nie możesz nast. Tresować! –warknąłem na niego niechętnie i wstałem wyciągając dłoń- oddaj ten cholerny bat.

-Śnisz smarkaczu – prychnął i zwrócił się do Dawida gadając coś tam …olał mnie… zaś gadał z ty pedałem!!! Zalała mnie złość.

-POWIEDZIAŁEM ODDAJ BAT! –rzuciłem się na Filipa i zaczęliśmy się zacięcie szamotać. Okładał mnie ,a ja czasem jego choć naprawdę gdyby nie adrenalina nie zrobił bym tego.

Padliśmy na ziemie dalej walcząc zaciekle. Gdy już wyrwałem mu bat przerzucił mnie kopniakiem nad sobą i padłem ze świstem wypuszczając powietrze z ust. Ususzałem już tylko świst powietrza i nim zdążyłem ogarnąć sytuacje to się stało..

-AA! –skuliłem się panicznie łapiąc za ramię. Było rozcięte przez bat filipa ,który właśnie obojętnie chował bat.  Moja rana niesamowicie piekła i była nieco głębsza niż chłopaków. Oczywiście nie mogłem zostać ostatni i najbardziej poszkodowany..wkurwiony filip kłócił się jeszcze z narcyzem i emo… smagał batem plecy Dawida ,który zasłaniał Natana… w  pewnym Momocie nawet..pomyślałem że Natan..i Dawid… to ładna para..bronią się nawzajem i lubią..ciekawe czy o tym wiedzą…

 

Koniec…. Filip schował bat.. bogu dzięki.. wstałem. Chłopaki wymieniali wkurzone uwagi między sobą i czasem filipem.. kilka razy chciałem go obronić w potyczce słownej ,ale wiedziałem ,że sobie poradzi ,a ja się tylko zdradzę. Zacząłem iść do domu rozumiejąc ,że to koniec spotkania.. mama zabije mnie za ramię.. kiedy tylko usłyszałem to..

 

-GIŃ TY GNIDO! – wkurwiony Natan wrzucił filipowi bombę do kaptura. Źrenice zwężyły mi się z przerażenia i w sekundę puściłem się pędem do Filipa.]

 

-FILIP UWARZAJ!!!- wydarłem się rozpaczliwie i jednym sprawnym ruchem zerwałem z niego bluzę. Udało mi się przebiec jeszcze kilkanaście metrów i rzucić bluzę w przepaść. Za bardzo jednak skupiłem się na oddaleniu ładunku od filipa i innych wiec siła wybuchu i płomienie cisnęły mną jak lalką o najbliższą murowaną ścianę. Wszyscy się skrzywili słysząc wybuch. Pisnąłem z bólu i jebłem na żwirową ziemię…

 

…popalone ubrania….

     

                                          ….poparzone od zewnątrz dłonie ,nadgarstki i przedramiona…

 

 

….. obolała głowa…            

            

 

                                                 ….nie wiedziałem co się dzieje …tylko piekło.. strasznie..

 

-ex….

 

           ..co?

 

-lex!..

   

          ….c-co?...

- Alex!

 

……….wołasz mnie?.... kto?

 

-ALEX!!

 

…..

 

-Huh? –spojrzałem pół przytomny na Dawida który mnie trzymał

-Alex trzymaj się! – stabilniej mnie złapał przy okazji drąc się i kłócąc z innymi czyja to wina..

 

-…..filip….- wyszeptałem cichutko czego nie usłyszeli… urwał mi się film..

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 2 ~ " To oznacza wojnę"


Wstałem rano i ziewnąłem przeciągając się. Kurz z pościeli wzbił sie w powietrze tak, że zaniosłem się ,krótkim atakiem kaszlu. Podniosłem sie z twardego materaca i podrapałem po karku....szkoła. Jedynym powodem dla którego jeszcze jej całkiem jej nie olałem była moja mama, której przyrzekłem skończyć ją na świadectwie z paskiem, tata któremu musze pokazać, że coś umiem i j. polski który sprawiał mi nie małą przyjemność ...w końcu miałem z niego 6.

 Przeciągnąłem sie jeszcze raz i wstałem. Ubrałem sie w czarną bluzkę, luźne starte dżinsy i porozdzierane i kilku miejscach czarno-czerwone trampki. Wyszedłem z pokoju i wszedłem do ładnie przystrojonej łazienki. Uczesałem sie na szybko i umyłem zęby. Przemyłem jeszcze tylko twarz i wyszedłem. Plecak zapakowałem szybciutko zeszytami i starymi używanymi książkami. No i oczywiście fajki ,czerwony zeszyt i kilka długopisów ,które znalazłem koło fotela taty kiedy zaznaczał sobie programy w gazecie. Po zabrania plecaka miałem wyjść z pokoju kiedy zatrzymałem się i skierowałem wzrok na biurko… nieśmiertelnik..

Podniosłem go i jakiś 5 raz dokładnie obejrzałem .Przypomniałem sobie chłopaka w fioletowych włosach.

Mroczny …trochę ;P

Tajemniczy …nie boje się go phy!

Budzący respekt.. może u tych ciot ze wczoraj -_-

Wysoki, pewny siebie, pociągający …..zaraz co!? Przeanalizowałem jeszcze raz swoje myśli na spokojnie …pomyślałem ,że łasica~ całkiem obcy mi człowiek i w dodatku FACET jest pociągający… WTF!? Zapiekły mnie policzki i wyjąłem lusterko.. rumieniłem się. . jeśli to to o czym myślę to jestem bardziej pojebany niż myślałem! Wkurzony wydupiłem lusterko i wyszedłem. Po drodze zatrzymała mnie mama.. wysoka blondynka z włosami zawsze splecionymi w kok, błękitnymi oczami i twarzą pełną zmarszczek powstałych w wyniku przepracowania… kochana kobieta..

 

-Posprzątałeś pokój? –spytała z pretensją

-Tak –odpowiedziałem posłusznie

- Odrobiłeś lekcje? – spytała dalej niezadowolona

-Tak –lekko się do niej uśmiechnąłem

-Co się szczerzysz?! – warknęła. Uśmiech od razu zszedł mi z twarzy-  za wkurzające miny nie ma dziś dla ciebie obiadu –prychnęła

-Przepraszam mamo…. -skruszyłem się..tak bardzo bolało..

- Myślisz ,że nic nie warte przepraszam sprawi ,że będę miała córkę?! Jesteś tylko nędznym smarkaczem ,który nigdy nie zastąpi mi czegoś takiego jak córeczka! Nigdy nie zastąpisz Alexy! –wydarła się i zaszkliły jej się oczy. Zrobiło mi się ciężko na sercu..doprowadzam ją do takiego stanu…

- Już sobie idę mamo …nie denerwuj się proszę.. – wybiegłem z domu

-Głupi gówniarz… -powiedziała do siebie i wróciła do zmywania naczyń

Biegłem przez jakiś czas po czym zwolniłem do marszu. Skorzystałem ,że jeszcze nie byłem na drodze i dałem paru łzom ujrzeć światło dzienne… tak bardzo chciałem by mnie kochała… Kiedy od chodnika dzielił mnie tylko zakręt szybko doprowadziłem się do porządku i dałem włosom opaść na twarz by nikt nie dojrzał zapłakanych oczu. Starając się nie Myślec o mamie doszedłem do szkoły..jak zwykle spóźniony. A dokładnie ominęła mnie 1 lekcja..i tak nie znosiłem matmy… Poszedłem na plac. Bachory z 1- klas skakały i wydurniały się na poręczach. Rozejrzałem się i znalazłem swój cel..tęczowa burza na 12-stej. Rzuciłem plecak obok chłopaka w błękitnym swetrze.
 

-Pożycz okulary! –zabrałem tęczowemu gogle i założyłem…

-Znów płakałeś? –zapytał z miłym uśmiechem Max

-Zamknij się –prychnąłem- co było na macie? Daj szybko spisać!

-Spokojnie… pożyczę ci zeszyt i się pouczysz kujonico …nie powinieneś się tak poświęcać – mruknął zaniepokojony

-Daj spokój! Moja sprawa jak żyje! –syknął i wziął od niego zeszyt

-No waśnie nie żyjesz.. –spojrzał mi w oczy… oddałem mu zirytowany okulary wraz z zeszytem z polskiego..

-Nie idę na lekcje… daj ten zeszyt pani z polskiego. Napisałem tą recenzje ,ale wyszła …o 2 strony z długa chyba..- max spojrzał do zeszytu..

-Jesteś dziwny..mi brakuje jakieś pół..mogę pożyczyć?- spytał ,a ja wstałem z plecakiem

-Ta …,ale nie słowo w słowo ,bo masz w łep..-uśmiechnąłem się do niego minimalnie

-Ma się rozumieć~ dzięki Nara Alex! –pomachał mi z wyszczerzem

-Nara..-poszedłem sobie

Łasiłem tak po mieście..rozglądałem się. Na sklepie zegarmistrza pisało ,że jest 15.30. Schowałem plecak w krzakach niedaleko kamieniołomu i poszedłem tam. Na miejscu byłem równo o 16. Poczekałem chwile i usłyszałem kroki. Natychmiast się odwróciłem …oto i on… łasica..

-Czyli jednak wchodzisz w to? –mruknął obojętnie

-Ta… -łasica zapalił stojąc do nie bokiem..mogłem obejrzeć jego profil w świetle słońca. Faktycznie był przystojny ,a ja pojebany… podobał mi się..

-To choć dzieciaku. Zaraz przyjdzie reszta.. – poszedł przed siebie ,a ja za nim… kiedy tylko nie widział wpatrywałem się w niego i kodowałem dalej jego osobę w pamięci.

Delikatny podbródek… nie za duże usta.. pewne siebie niebieskie oczy.. włosy całkiem umiejętnie zafarbowane na fioletowo i charakterystyczna bluza w kratkę. Nie wiedziałem czemu ,ale czułem ,że go lubię..szanuje… w głowie wirowały mi różne słowa ,którymi mogłem go określić kiedy nagle wyobraziłem sobie jedno …łasica uśmiechający się. Nie wyglądał na człowieka robiącego tego często ,a już na pewno nie szczerze …mimo to widok jaki sobie uroiłem był tak miły dla oka ,że ledwo powstrzymałem uśmiech na własnej twarzy. Po jakimś czasie dojrzałem czarnowłosego chłopaka. Łasica staną obok niego ,a następnie przyszło 2 kolejnych gości… jakiś emos ,który stał tam gdzie teraz najbardziej ja chciałem być..obok łasicy. Niebiesko włosy narcyz i niski ~,ale dalej wyższy ode mnie chłopak w brązowych włosach. Wszyscy prócz niebieskiego mieli wisiorki… wymienili ze sobą parę słów ,a ja tylko obserwowałem.

-To ma być ten popierdoleniec? – spytał niebieski. Zawrzało we mnie. Obraził łasice..

-Ty gnoju –warknąłem pod nosem

Łasica rzucił się na narcyza.

-Jak mnie nazwałeś robalu?! - warknął i przygwoździł go do budynku. Już miałem go powstrzymać ,ale ubiegł mnie ten zasrany Emo!

-Filip uspokój się! – pociągną go za ramie… .filip… więc tak ma naprawdę na imię …od tamtej chwili nieśmiertelnik brzmiał inaczej… „Podążaj za Filipem”…

Emo ich rozdzielił i filip się powyzywali z narcyzem.

-Ciebie też w to wciągnęli? – spytał mnie brązowowłosy kolega nazcyzika

-Tak- powiedziałem spokojnie. Wyrwał mnie z rozmyślań nad nieśmiertelnikiem emosa …DLACZEGO BYŁ INNY!? To wkurwiało …niby taki wyjątkowy…

-Jak masz na imię?

-Alex – szybko rzuciłem

-Ile masz lat?- spytał

-15 – mruknąłem szybko by się odczepił

-Wiedziałem ,że łasica to pedofil! – krzyknął narcyz ,a moja ręka powędrowała do paska obok kieszeni. Wyciągnąłem szybko paralizotorka ,a miałem rzucić w tego gnoja ,ale Filip mnie zatrzymał. Od razu posłuchałem.

Gadali coś o mokrym brązowowłosym i snajperze narcyzie… gdzie celuje? W dmuchaną lale? Kiedy chłopaki poszli stanąłem jak kołek i spojrzałem na Filipa ,który mnie zlał i odwrócił się do emosa.

-Na co czekasz? Koniec na dziś przyjdź jutro… -prychnął. …poszedłem od razu jak kazał .Odwróciłem się jeszcze tylko do Emo i rzuciłem mu wrogie spojrzenie…

TO OZNACZA WOJNĘ~!

sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 1 ~"Tylko bóg mnie nie opuścił"

"Dawno dawno temu.."- nie to przereklamowane ;/
"Za górami i. " NIE!! Jeszcze gorzej -_-"
"W pewniej krainie zwanej~ DUP!!!
 
. . .
 
Długopis wyleciał mi z ręki na pożegnanie zostawiając długą kreskę na pierwszej stronie mojego nowego czerwonego zeszytu. Zamachowiec ,a konkretnie zielona piłka do siaty zostawiła mi na policzku czerwony okrągły ślad. Odłożyłem bez słowa zeszyt i chwyciłem to nadmuchane gówno w stalowym uścisku . Zlustrowałem morderczym wzrokiem potencjalnego ryzykanta i wziąłem zamach. Piłka trafiła gościa jakieś 3 razy mocniej ,a ten aż złapał się za głowę z bólu. Nabrałem powietrza:
 
- GDZIE MASZ OCZY IDIOTO?! PATRZ GDZIE RZUCASZ!!! - był w moim wieku i jak większość wyższy ,ale to nie był argument by postąpić inaczej jak zawsze, czyli spierdolić.
 
Wróciłem po swój zeszyt i złapałem się murka. Kilka wdechów i wydechów...adrenalina zniknęła. Przeczesałem ręką w rękawiczce bez palców płomienne czerwone włosy. Zeszyt trafił spowrotem do starego czarnego plecaka. Miałem gdzieś ,że jeszcze w-f. Gdybyśmy skakali przez skrzynie lub biegali na bieżni to bym się może nawet zastanowił ,ale koszykówki, siatkówki i innych gier grupowych wręcz nie znosiłem... wystarczyło przejść pod rozwalonym ~przeze mnie~ drucianym płotem by wydostać się z terenu tej zakichanej szkoły specjalnej bez interwencji nauczycieli. Chwila przez krzaki, potem ulicą do coraz mniejszych uliczek aż znalazłem się na obrzeżach wawy. Mogłem skrócić czas podróży o 20 minut gdyby nie to ,że matka nie dawała mi na bilety ,a po ostatnim razie gdy zwinąłem hajs na kanapki do szkoły sprawiła se mini sejf....W każdym razie stanąłem na ganku 1 rodzinnego domku i wziąłem głęboki wdech. Przekręciłem klamkę i wszedłem. Bogu dzięki. Tata spał ,a mama wyszła niedawno do pracy. Cichutko poszedłem do siebie ,ale po drodze zatrzymałem się w salonie. Tata spał na fotelu na ziemi leżało kilka pustych puszek piwa i nowo zaczęta paczka fajek. Paczkę wziąłem i schowałem do kieszeni. Wziąłem też koc z kanapy i dokładnie przykryłem żula. Pochyliłem się i delikatnie pocałowałem tatę w policzek.
 
-Kocham cię... -szepnąłem tylko i pozbierałem śmieci.
 
 Wszystko wywaliłem i poszedłem do siebie. Maluśki pokój ,w którym mieściło się tylko łóżko z szarzałą pościelą, porysowane biurko, krzesło i mała szafka na ciuchy. Ściany białe jak w szpitalu ,a okno z tak zardzewiałą ramą ,że dało się je otworzyć na jedyne 5cm. Rzuciłem plecak pod ścianę i rzuciłem się na pościel. Wtuliłem się w poduszkę......jedyne miejsce gdzie jestem spokojny. Ściągnąłem koszulkę i wyjąłem z szafki biurka stare lekko nadkruszone lusterko bez oprawy. Przejrzałem cię. Mimo tego ile byłem na dworze ciągle byłem blady jak ten pokój...palcami przejechałem po bliźnie od mostka do podbrzusza. Ciągle nie znikała...Wkurzony wsadziłem lusterko na miejsce i się ubrałem. Wciągnąłem z szafki małe szklane pudełeczko. W środku znajdowała się para czerwonych soczewek. Założyłem je bez patrzenia. Miałem wprawę.
 
 
Chwyciłem swój plecak i "wyprułem z niego flaki". Ponownie zapakowałem go fajkami, szklanymi butelkami po piwie taty i zbieranym od dawna worem zgniecionych puszek. Wymknąłem się z domu żegnając się jeszcze z nieświadomym nic tatą. Udałem się wpierw na złomowisko skąd udało mi się wyskrobać trochę kasy za puszki. Potem do sklepu oddałem butelki i tez zarobiłem. Zadowolony cały urobek schowałem do paczki po chusteczkach robiącej mi za portfel. Kiedy wracałem było już ciemno. Szedłem jedną z uliczek wawy patrząc w nocne niebo kiedy usłyszałem śmiechy. Przede mnie ze sklepu wyszła grupka chłopaków po 25-30 lat. Od razu mnie dostrzegli.
 
-Co masz w plecaczku malutki~ spytał najstarszy przesłodzonym głosem. Warknąłem.
 
-Flaki twojej starej~ odparłem równie słodko. Diametralnie zmienili wyrazy twarzy i podeszli do mnie.
 
-AH TAK? - najstarszy chciał mnie uderzyć ,ale odruchowo się schyliłem i podciąłem mu nogi i padł twardo.- Ty smarkaczku! Złapcie tego gnojka! Już ja go nauczę szacunku dla starszych! - rzucili się na mnie ,a ja ruszyłem w długą jak strzała. Nie byłem wybitnym biegaczem ,ale adrenalina pomagała mi jak zawsze w takich momentach. Wszystko byłoby zajebiście gdyby nie to ,że wpadłem na ulice gdzie znajdował się bar mojej mamy. Stanąłem jak trusia. Nie mogłem jej stresować. Spierdoliłem w bok ,ale przez to ,że co chwila obracałem się by sprawdzić czy mama nie wyszła wpadłem na jednego z tych ,którzy pobiegli na skróty. Zaciągnęli mnie za szmaty do zaułka.
 
-I co gówniarzu? Dalej się stawiasz? -spytali wrednie
-Uwarzaj....bo się przestraszę -prychnąłem. Kopnęli mną tak ,że jebłem o ścianę.
-Coś mówiłeś?!- przydeptał mi głowę ,a ja syknąłem.
 
-Z TEGO CO SŁYSZAŁEM MÓWIŁ ,ŻE SIE WAS NIE BOI....-powiedział ktoś donośnie. Spojrzałem tam. Jakiś wysoki gościu. Kilku szeptało do siebie i oprawca ściągnął swoją nogę z mojej głowy.
 
-NO CO ODJĘŁO WAM NAGLE MOWY? - spytał rozbawiony ,a w ciemnościach zabłyszczał tylko wredny uśmieszek. Ja się nie przejąłem i wstałem momentalnie. Wygrzebałem błyskawicznie z plecaka kilka małych metalowych paralizatorów i wrzuciłem i za koszulki. Wcisnąłem przycisk na pasku i wszyscy padli na ziemie porażeni. Wziąłem co swoje i założyłem plecak. Oddałem jeszcze dłużnego buta w brzuch jednemu i przeszedłem obojętnie przeszedłem obok "wybawcy". Wystarczyło jedno dokładne spojrzenie. Ponad 25 lat, bluza w kratkę, fioletowe kudły i jakieś metalowe gówno na szyi. Po wypukłości w kieszeni bluzy od razu poznałem broń. Przyśpieszyłem kroku. Chłopak odwrócił się i szarpnął mnie za ramie.

 
-CZEGO?! -syknąłem momentalnie zabijając go wzrokiem
-Może grzeczniej? Uratowałem cię~ powiedział zirytowany
-Z tego co pamiętam sam się uratowałem. Ty tylko odwróciłeś ich uwagę swoimi krzywymi zębami...- zaśmiałem się wrednie. Chłopak przygwoździł mnie do ściany ,a ja spiąłem się. Przybliżył trochę twarz.
-Za kogo się uważasz co?....Powinieneś na przyszłość patrzeć z kim zadzierasz...wtedy może nie wpakujesz się już w taki bajzel sieroto- prychnął ,a we mnie zawrzało
- Nie jestem się..?! -zatkał mi usta.
-Dobra mały ,bo nie mam czasu dla ciebie. -drugą ręką wyciągną nieśmiertelnik z kieszeni i zawisł od przed moją twarzą. uśmiechnął się miał taki sam na szyi-  jesteś dzieciakiem ,ale potrafisz co nieco. Od dziś należysz do mojego gangu. Słuchasz się mnie i razem będziemy niszczyć resztę warszawskich gangów ,a potem w reszcie polski... - oburzyłem się ,ale mocniej mnie przycisnął- dobrze wiem ,że od dawna chcesz rozdupić wawe w trzy dupy..daje ci możliwość..- puścił mnie i odsunął się dalej trzymając nieśmiertelnik. Chwyciłem go w ciszy i spokoju. Uśmiechnął się do mnie wścibsko.
- Nawet nie wiem kim jesteś -zmarszczyłem brwi.
- Mów i Łasica....widzimy się jutro o 16 na kamieniołomach dzieciaku~ poszedł se ,a ja spojrzałem za mi trzymając nieśmiertelnik. Zniknął w jakiejś uliczce....czemu nie byłem zły? Nie znosiłem takich wyzwisk....Spojrzałem na nieśmiertelnik..."podążaj za Łasica"....
 
 
Uśmiechnąłem się do siebie i założyłem nieśmiertelnik. Wziąłem plecak i zwróciłem się do domu.
 
Podążać za tobą?
 
Czemu nie?