środa, 23 lipca 2014

Rozdział 4 ~ "Jeśli miłość tak boli to zginę po drodze.."


Ocknąłem się dopiero po jakimś czasie… czułem się strasznie …rozejrzałem się cicho. To był jakiś pokój ,a ja leżałem na łóżku..co więcej..z kimś?.

-..gdzie ja jestem? –zapytałem zachrypniętym głosem. Poczułem ruch

-Obudziłeś się?..- emos.. nosz kurwa… lepiej nie mogłem trafić!

-co to za miejsce?

-Dom łasicy i mój – mruknął powrotem kładąc jak do snu…. Ich dom.. coś mnie dźgnęło w pierś i to porządnie.

- Czemu tu jestem?

- Zmusiłem tego idiotę by nas opatrzył…- Nie dokończył bo ktoś wbił..byłem do wszystkiego tyłem a nie miałem siły się odwracać.

- Idiote? Patrz na słowa gnoju ,bo dziś będziesz spał pod oknem –warknął filip.. mieszkają razem.. jeżeli woli chłopaków to pewnie są razem.. załamałem się.

- Phy – prychnął emos. Nie odzywałem się. Nie miałem co mówić

Przekomarzali się jeszcze tak chwile ,a filip sprawdził opatrunki Dawida na plecach. Powoli coraz bardziej odczuwałem ból dłoni.. które miały poparzone do 2 stopnia.. bogu dzięki bąbli nie było ,a jeśli były to zeszły.. zostanie ślad.. do tego ramie głęboko rozcięte i sińce w różnych miejscach po walce z filipem o bat. Przygryzłem wargę by nie jęknąć z bólu. Pewnie tylko kazałby mi się zamknąć. Jeszcze chwile gadał z emo póki ten go nie wypieprzył ,bo chciał spać. Miło.. moich nie sprawdził ,a ten na ramieniu był już przekrwawiony… nie umiałem spać z bólu. Dawid już dawno zasnął gdy ja prawie płakałem z bólu oparzeń na rękach. Podniosłem się cicho z łóżka..musiałem znaleźć sam maść bo zdechnę! ..rzuciłem okiem na cały pokój i znów posmutniałem… .tej samej maści filip użył na rany Dawida i zużył całą… w końcu całe plecy… jeszcze bardziej mnie zapiekło na myśl o braku lekarstwa. Nie chciałem też zostać tu do rana. Będzie mnie tylko boleć ,a poza tym nie chce być światkiem kolejnych odwiedzin filipa.  Zawiązałem jeszcze po jednym bandażu na dłoniach i zagryzając wargę otworzyłem okno. 

Dawid tylko ruszył się lekko. Wyskoczyłem robiąc fikołka i spierdoliłem. O tej porze chore było wracać do domu ,więc udałem się do bazy. Siadłem w swoim starym miejscem pod ścianą ~jak miło nikt nie ukradł mi plecaka. 

 Podkuliłem nogi i po sekundzie zasnąłem na zimnym betonie.

Znów sen..

Siedziałem w salonie. Matka krzyczała na mnie niemiłosiernie.

-NIE CHCE CIE ROZUMIESZ!? CHCIAŁAM CÓRKE TY BEZURZYTECZNY SMARKACZU! MASZ BRAĆ TE TABLETKI ,ALBO WEPCHNE CI JE DO GARDŁA!

-Mamo.. proszę! Przecież się staram! – wydukałem błagalnym tonem kiedy dostałem butelką po piwie przez głowę tak ,że pękła i rozcięła mi skroń.

-Nie kłuć się z matką bachorze! – warknął na mnie tata.

Mama wbiła mi w dłoń strzykawkę i  wstrzyknęła jej zawartość. Zacząłem się wić z bólu… włosy urosły …miałem piersi… stałem się dziewczyną…. Zalałem się łzami.

-J-ja nie chce być dziewczyną! – załkałem

- Trudno! –zaśmiała się mama- już nigdy nie będziesz tym bezużytecznym chuchrem!

Kuliłem się załamany. Chciałem być sobą. Alexem! Nikt mnie nie docenia za to ,że jestem chłopcem. Zawsze „prawie dziewczyna”, „jak dziewczyna” ,lub … nikt ważny…

JESTEM…

 

-ALEX!!!

? ..obudziło mnie szturchnięcie. Otworzyłem oczy i spojrzałem.. wkurwiony filip nade mną stał. Przełknąłem ślinę. Kątem oka zobaczyłem ,że telefon w kieszeni od dłuższego czasu mryga przez nieodebrane połączenia.

- Co ty sobie wyobrażasz dzieciaku!? Czemuś spierdolił z domu?! Musieliśmy łazić cie szukać! – wkurz.  Zbladłem ,ale wziąłem się w garść.

-A niby czemu miałbyś mnie szukać hę?! Nie jesteś moją niańką! – warknąłem powoli wstając.

-  Nie pyskuj smarkaczu!! –nie zdążyłem zareagować ,bo dostałem porządnego liścia ,który rzucił mnie na ziemie 2 metry dalej. Pisnąłem i skuliłem się. Oczy same zalały się łzami. Miałem duży czerwony ślad.  Niesamowicie ciągnęło.

-AA! –załkał cicho i zadrżał- p-prepraszam….

Emos kłócił się trochę z filipem. Też dostał w twarz ,ale z pięści i lecej… ta.. lubi go..

Na drżących nogach usiadłem pod ścianą i czekałem na Szymona z resztą… .skulony wyklinałem filipa ,ale za każdym jego spojrzeniem mimo ,że nie słyszał zmieniało się to na przeprosiny. Przyszedł Szymon..zaczął się żreć z filipem. Przyjrzał mi się.. odwróciłem szybko wzrok by nie widział tych żałosnych łez. Szymonowi się oberwało..

-proszę przestań.. –wydukałem ,ale nie słuchał mnie nikt..

Szymon nagle znalazł się przy mnie i położył mi rękę na kolanie na co drgnąłem. Zapłakany spojrzałem na niego kiedy dostał batem w plecy.

-Nic ci nie je..- spytałem zrozpaczony tym co się dzieje..przerażony.. przyjąłem pozycje embrionalną i  zacząłem się trząść.

-Przejdź w końcu do rzeczy –warknął Dawid. Szymon siadł na poręczy wkurwiony na łasice wyklinając na niego i zapalając fajkę

- Jutro napadamy na gang  - zaczął tłumaczyć-  Od jakiegoś czasu grasują niebezpiecznie blisko nas i zaczynają mnie drażnić. Ja i Dawid wkradniemy się do ich bazy z ładunkami wybuchowymi. Natan będzie ubezpieczał nas z dachu pobliskiego budynku. Alex i Szymon mają nas osłaniać i torować przejście.

Żałosne..wysadził bym wieżowiec w pojedynkę w ciągu 2 minut łącznie z zakładaniem bomby i uciekaniem ,a on mnie daje na osłanianie… jak skończą mi się Bąby to kaplica ,a nie umiem strzelać…  bałem się klucić.

- o której? – spytałem szybko i cicho..

- o 16 Musimy się dokładnie zgrać. – mruknął.. skinąłem głową posłusznie

Potem filip pokazał kartkę z planem budynku. Z automatu znalazłem idealne miejsca by wszystko runęło jak zamek z kart..phy …burak… Kiedy wszystko wytłumaczył ,a ja zrobiłem niezauważalnie zdjęcie swoją cegłą., na którą uzbierałem z puszek wstałem. Założyłem kaptur i zapiąłem mocno bluzę obolały mimo ciepła by się nie poobijać przy omdleniu w drodze do domu czy coś. Założyłem plecak i utykając udałem się do domu gdzie dostałem opiepsz , talerzem w plecy i kare na kolacje tamtego dnia..

Poszedłem spać cały posiniaczony i z kilkoma bandażami. Jeśli walka  miłość tak boli to zginę po drodze..